poniedziałek, 6 listopada 2017

Flaszki we mgle vol. V - relacja

Facebook - Wine Trip Into Your Soul

Kiedy piszę te słowa, ma miejsce jedno z najbardziej urokliwych zjawisk dotyczące pór roku. Skwarne dni i wieczory niechętnie ustąpiły miejsca feerii barw liści na drzewach oraz wokoło nich, dając upragnione wytchnienie podczas rześkich poranków. W niemal identycznych okolicznościach przyrody zorganizowałem piątą edycję serii degustacji "Flaszki we mgle", która od dwóch lat cieszy się niesłabnącym zainteresowaniem zarówno amatorów, pasjonatów, jak i fachowców. Podczas minionego panelu zdegustowaliśmy 11 win, które - umiejętnie skryte za zasłoną niejasności - skutecznie wywodziły zmysły w pole, powodowały dyskusje, zaskakiwały różnorodnością i wymykały się sztywnym definicjom.

fot. WineMike

1. Domaine Fevre Petit Chablis 2016
(Winezja - 79,99 zł); intensywne nuty bratków, świeżo skoszonej trawy, niesamowicie ekspresyjne, urocza równowaga pomiędzy cudownym owocem a słuszną kwasowością, mineralne, a przy tym szczere i uczciwie zrobione.

fot. WineMike

2. Stallmann-Hiestand Weisser Burgunder Trocken 2015; niemiecki Pinot blanc w manifeście struktury, mirabelek, ziół, polnych kwiatków, esencjonalne i zwarte. Oleiste i skoncentrowane, zdaje się być w czołówce reprezentantów tej odmiany.

fot. WineMike

3. Weingut Thul Riesling Trocken 2016; soczyście limonkowy i ekspresyjny, morska bryza w kieliszku, przywodząca na myśl beztroskie wylegiwanie się w pełnym słońcu, kiedy jedynym zmartwieniem jest chmura chwilowo nachodząca na źródło ciepła.

fot. WineMike

4. Trinchero Seaglass Pinot Noir 2015 (Winezja - 69,99 zł); uczciwy Pinot, który nie małpuje w imię komercji, pełen nut kandyzowanych wiśni, nieco cynamonu, tymianku, malin i żurawiny. Postępująca ewolucja dobitnie wskazuje, że Napa i Sonoma mają się czego obawiać.

fot. WineMike

5. Weingut Sinss Rosenberg Spatburgunder Trocken 2014 (WineAndYou - 59 zł); koszmar Burgundii ziścił się - stworzono poza nią przesmacznego, intensywnego, a zarazem skupionego i wyczynowego Pinota; ziołowego, bajecznie jesiennego, ziemistego, uwodzącego, który najlepsze zdaje się mieć jeszcze przed sobą, chociaż nie sposób oprzeć mu się już teraz.

fot. WineMike

6. Weingut Stadt Klingenberg Spatburgunder 2014; zgoła odmiennie od poprzednika; gęste, miękkie, szczodre, czereśniowo-wiśniowe, nagromadzenie niuansów świerkowych, herbaty, gorzkiej czekolady, tytoniu, porzeczek i malin. Soczyste, umiejętnie wyliczona kwasowość, hedonistyczna tanina, niepoprawnie długie i nasycone.

fot. WineMike

7. Tagaro Passo del Sud Appassimento 2015 (30% Primitivo, 30% Negroamaro, 20% Nero di Troia, 20% Merlot) (Krople Wina - 49 zł); każdy winiarz chce stworzyć tzw. wielkie wino, a któż pamięta o fanach win prostych, nieskomplikowanych, nie zmuszających do cmokania i wydziwiania? Głosy zostały wysłuchane i to z nawiązką! Intensywność owocu nieco góruje nad kwasowością, ale w tym przypadku to komplement, który zaprasza do nawiązania bliższej relacji.

fot. WineMike

8. San Ferdinando Pugnitello 2013
(Krople Wina - 77 zł); czasy, kiedy Toskania Chianti stała odchodzą do lamusa, a złaknieni wiedzy, wymykania się standardom, innowacyjności oraz inności zostają sowicie nagrodzeni. Dojrzałe z szeroką gamą aromatów czarnej porzeczki, jagód, przypraw, uwodzicielsko krągłe i gibkie, wobec którego nie sposób pozostać obojętnym.

fot. WineMike

9. Tagaro Seicaselle Negroamaro 2015 (Krople Wina - 49 zł); kompletne, pomyślałem, kiedy trafiło do mojego kieliszka i zmysłów. Pełne, zrównoważone, mieszanka gotowanych czerwonych owoców, a całość zwarta w kwasowo-pikantnym tandemie.

fot. WineMike

10. Altos Las Hormigas Clasico Malbec 2015
(Mielżyński - 48,50 zł); przebijające się nuty śliwek oraz wiśni rzadko pozostawiają wątpliwości; niesamowicie świeże. Niemal pluszowe, ale z zadziwiającą strukturą. Mądrze zrobione wino, które jest idealnie tym, czym miało być w założeniu.


fot. WineMike

11. Tagaro Pignataro Primitivo di Manduria 2016
(Krople Wina - 49 zł); Primitivo przeżywa właśnie drugą, a może nawet trzecią młodość. Ale te sygnowane "di Manduria" stanowią prawdziwą ruletkę. Tutaj wypadło dokładnie to, na co postawiliśmy pod czujnym okiem krupiera. Intensywne, otumaniające, zmysłowe nuty słodkich śliwek, borówek, ziemistych i tytoniowych. Celne i bezkompromisowe jak strzał snajpera.

W degustowaniu w ciemno znajduję pewną analogię do łodzi żaglowej. Najważniejszym elementem konstrukcyjnym każdej żaglówki jest coś, czego nie widać. Tajemnica stabilnego ruchu tkwi w ciężkim mieczu skrytym w wodzie. Kiedy w trakcie targania niepewnościami zarzuca nas na prawo i lewo od szczepu do szczepu, od regionu do regionu, owym mieczem zdaje się właśnie-ten-moment, ulotna myśl i pozornie pewne przekonanie, że odgadliśmy istotę zawartości kieliszka. Pojedynkowanie się z nieznanymi winami w ślepej degustacji dostarcza wiele satysfakcji, a takie odgadywanie jest niczym legendarna sytuacja - komisarz Clouseau miał chińskiego pomocnika, który miał na niego napadać, akurat kiedy komisarz nie uważał.

Wydarzenie odbyło się w zaprzyjaźnionym Busy Bee.

Facebook - Wine Trip Into Your Soul

środa, 20 września 2017

Pinot noir: Stary vs. Nowy świat - relacja


Za każdym razem, kiedy oddaję krew, uważnie obserwuję rubinową ciecz, który cierpliwie wędruje wprost z żyły cienką rurką do plastikowego woreczka. Może to wydać się nie na miejscu, ale właśnie wtedy najbardziej intensywnie myślę o najdelikatniejszej, najbardziej ulotnej odmianie na świecie, która najczęściej niewiele różni się barwą od płynu częstokroć ratującego życie. Mowa oczywiście o Pinot noir, papierku lakmusowym na umiejętności winiarza, który podsumowuje wszelkie błędy, zarówno technologiczne, jak w podejściu do uprawy i zamysłu na dane wino. Chociaż uczucie do Pinota oznacza nieustanną walkę z wiatrakami, bo doszło do tego, że w pewnych kręgach (takich w zbożu, he he) akceptacja i zachwyt na Pinotem jest porównywalna z założeniem różowej koszuli do spodni moro. Niezrażony przeciwnościom, wraz z grupą śmiałków, podjąłem wyzwanie - naturalnie, degustacja odbyła się w ciemno, co gwarantuje brak taryfy ulgowej.

fot. WineMike

1. Domaine Albert Bichot Savigny-Les-Beaune Premier Cru - Les Peuillets 2012 (WineAvenue - 189 zł); zaczęliśmy, jak u Hitchcocka, z grubej rury, jednak zapędy zostały skutecznie ostudzone. Całość okazała się dość wycofana z czerwono-owocową-mgiełką i nutami zwierzęcymi, oniryczne i zdające się szeptać poczekaj-poczekaj. Osesek jakich mało, warto do niego wrócić za dekadę.

fot. WineMike

2. Lawson's Dry Hill Pinot Noir 2014 (Vininova - 74 zł); stara-nowa szkoła z Nowej Zelandii, namacalny dowód na to, że jest Pinot poza Europą - wartościowy, nienużący, szczodry i smaczny. Wiśniowo-jagodowe okrycie skrywa dymną, pikantną podszewkę, a wykończenie zdobi hedonistyczna, słodka wanilia, która stanowi zgrabne dopełnienie całości.

fot. WineMike

3. Vinarstvi Krasna Hora Terroir Pinot Noir 2014 (Lutomski Wino - 65 zł); najbardziej kontrowersyjne wino tamtego wieczora, stanowiące wręcz idealną definicję słowa "naturalne", które zdecydowanie podzieliło degustujących. Owoc zredukowany niemal do zera, utemperowany przez nuty suszonych grzybów, mokrej ziemi, sprawiają, że nie sposób pozostać wobec niego obojętnym. Dacie wiarę, że to nawet nie był joker?

fot. WineMike

4. Concilio Mokner Pinot Nero 2013 (Trezor Wines - 57 zł); gibki, żwawy, jędrny a przy tym konkretny niczym dobrze wymierzony prawy sierpowy, dla wielu stanowił podręcznikowy przykład smacznego i uczciwego Pinota. Mnóstwo wiśni, porzeczek, nieco mięty zwarte i gotowe współgrać z idealną wręcz kwasowością. Zdecydowanie podniosło poprzeczkę!

fot. WineMike

5. Ironstone Pinot Noir 2015 (WineAvenue - 59 zł); bodajże najbardziej "cukierkowy" Pinot, jakiego miałem w kieliszku. Odmiany z etykiety jest aż 83%, jednak to Syrah (11%) z domieszką Petit Syrah (6%) grają w ataku. Czarne wiśnie i pieprz mieszają się z wanilią, śliwką, ziemistymi niuansami, ugładzone taniny, niuanse czarnej herbaty i tytoniu sprawiły, że kalifornijskie Lodi, oprócz świetnych Zinfandeli, stanowi pewne źródło takich jokerów.

fot. WineMike

6. Frederic Magnien Pinot Noir Bourgogne 2014 (Mielżyński - 87 zł); dość wycofane, warto poświęcić mu kilka minut na oswojenie się z kieliszkiem, a zostaną nam zaserwowane intensywne nuty malin, ciemnych wiśni, ziemistych akcentów. A że pierwszy krok rzadko bywa do tyłu, rozwija się w kierunku konfitury jagodowej, uwodzicielskich nut fiołków i suszonych ziół.

fot. WineMike

7. William Cole Bill Pinot Noir 2011 (WineAvenue - 99 zł); z jednej strony świeżo zmielona kawa, truskawki, maliny, wanilia, a z drugiej suszone kwiaty, las po deszczu, a wszystko zwarte w obliczu intensywnej kwasowości. Nie sposób pozostać wobec niego obojętnym i to chyba jeden z niewielu Pinotów, które warto zdekantować.

fot. WineMike

8. Louis Latour Bourgogne Pinot Noir 2014 (Vininova - 79,90 zł); soczysty, intensywnie owocowy, a zarazem dyskretny z niuansami żurawiny, jeżyn oraz granatu. Stanowi nie lada wyzwanie dla wyznawców drogich i niedostępnych szerszemu gronu Pinotów, bo - chociaż krągłe i zwiewne - stanowi rzeczywisty dowód na brak potrzeby wydawania majątku na smacznego burgunda.

fot. WineMike

9. Aurelia Visinescu Anima Pinot Noir 2011 (Trezor Wines - 69 zł); dość kontrowersyjne, mnóstwo nut tytoniowych oraz wiśniowych, chropowata tanina skutecznie przysłoniła resztę. Całość dość przytłaczająca i nieco rozczarowująca, a szkoda, bo mogło okazać się, że w tym niedocenianym winnie kraju dzieją się wspaniałe rzeczy. Może rękawica zostanie rzucona ponownie?

fot. WineMike

10. F. Schatz C Pinot Noir 2011 (WineAndYou - 112 zł); wysokie C, które powoli wyznacza nowe trendy w podejściu do odmiany; nagromadzenie akcentów wiśni, ziela angielskiego, czarnych jagód, gorzka czekolada, suszonych ziół, liścia laurowego, oregano, a nade wszystko niesamowicie balsamiczne z hedonistyczną kremową strukturą.

Krajobraz po bitwie, fot. Jerzy Moskała

Frank Zappa powiedział kiedyś, że pisanie o muzyce jest jak tańczenie o architekturze. Wiele bym dał, żeby poznać jego zdanie na temat pisania o winie czy też o jego degustacji. Niektórzy mawiają, że Pinoty są winami mało salonowymi, lekkimi i prostymi jak budowa cepa ("przecież to nawet koloru nie ma", "prawdziwe wino musi być gęste i ciemne" oraz - mój faworyt - "Pinoty to wina dla grzybiarzy"). Mieliśmy dziesięć okazji, żeby przekonać się, że jest zgoła inaczej, że świat omawianej odmiany jest bogatszy i złożony, że monopol Burgundii powoli zanika, a dochodzą do głosu inni, ambitni winiarze, którzy nadają nowy ton. A tak, między nami, przyznam się Wam, że Pinot Noir jest odmianą, która rezonuje ze mną najbardziej.

Tradycyjnie degustowaliśmy w Busy Bee.

Relacje zaproszonych:


Facebook - Wine Trip Into Your Soul

sobota, 29 lipca 2017

Mołdawski renesans?

Facebook - Wine Trip Into Your Soul

Mołdawia gości w moim kieliszku równie często, co przyznający się do pomyłki polityk występuje przed kamerami. Zaskoczenie to pierwsze, co odczuwamy, następnie przychodzi niedowierzanie, potem skupienie, a wreszcie śmiała konfrontacja z brutalną rzeczywistością. Kiedy pojawił się przede mną szereg butelek ze stajni Chateau Vartely, wiedziałem, że nie będzie łatwo. Swego czasu szansa na sensowne wina z kraju wciśniętego pomiędzy Ukrainę a Rumunię była mniej więcej taka, jak pojawienie się elektrowni w wiosce Amiszów. Jednak przyszło nam degustować w okresie jednych z największych zmian w świecie winiarskim i rozwój dzieje się na naszych oczach, a właściwie w kieliszkach. 

TravelChisinau

Dwuletnia prohibicja, połączona z karczowaniem winnic, mocno odbiła się czkawką w jeszcze sowieckiej Mołdawii. Ale nowy krok rzadko bywa do tyłu. "Nowa fala" mołdawskich winiarzy doskonale rozumie, że schlebianie gustom prowadzi donikąd, a znacznie lepiej po prostu je kształtować. Nie inaczej sądzą autorzy przedsięwzięcia Individo, który ostatnio za sprawą importera - Dom Wina - szturmem zdobył rodzimą blogosferę. Chociaż niejednokrotnie jeszcze przed spróbowaniem wina projektujemy noty degustacyjne, czy to na podstawie opisów innych czy też prywatnych uprzedzeń to nie przeszkodziło mi to zupełnie w wyzbyciu się zarówno oczekiwań, jak i wymagań. Poprzeczka zakopana w ziemi - czy słusznie?

fot. WineMike

Traminer/Sauvignon Blanc 2015; wyobraźcie sobie intensywnie aromatycznie wino, połączenie nut płatków róży, liczi, agrestowo-trawiastych oraz niezłej kwasowości. Macie obraz? Teraz o nim zapomnijcie, bo tutaj nie sposób odszukać "podręcznikowych" niuansów. Wino bezpieczne, a przez to bezpłciowe i nudne, a szkoda!

fot. WineMike

Feteasca Regala/Riesling 2015; brak konsekwencji producenta przyniósł ulgę, ponieważ ta pozycja stanowi zupełne przeciwieństwo swojego poprzednika. Nagromadzenie limonkowych, morelowych i nieco słonawych akcentów w połączeniu ze świeżą kwasowością daje połączenie niemal hedonistyczne.

fot. WineMike

Cabernet Sauvignon/Merlot Rose 2016; jeszcze nie przebrzmiały echa po ostatnim panelu win różowych w ciemno, a tymczasem ponownie rose! Ziołowe, pełne porzeczkowo-łąkowych akcentów, uczucie zrobione wino, które utwierdziło mnie w przekonaniu, że róż coraz częściej będzie pojawiał się w naszych kieliszkach.

fot. WineMike

Merlot/Cabernet Sauvignon 2015; iście bordoski kupaż, bodajże najbardziej "przystępne" ze wszystkich z tej oferty. Krągłe, miękkie, bogate w kalejdoskop ciemnych owoców, niemal potoczyste, bardzo smaczne i długie, niejednego by z pewnością wyprowadziło w pole podczas degustacji w ciemno.

fot. WineMike

Feteasca Neagra 2015; mołdawsko-rumuński klasyk, intensywnie ziemiste, sporo nut gorzkiej czekolady, śliwki, nieco przejrzałych jeżyn i borówek, jednak całość wydała się nazbyt sucha, jakby przebeczkowanie stanowiło miarę jakości.

fot. WineMike

Rara Neagra/Malbec/Syrah 2015; spotkanie "wielkiej trójki", masywne i bezkompromisowe, najbardziej złożone i kompleksowe ze wszystkich degustowanych, a przez to wymagające i warte odstawienia w kieliszku na kilka minut. Świetna ewolucja, nuty czarnego pieprzu, ziół oraz suchej kory.

Wina mołdawskie w bolesnej większości nie dorastają powyższym do pięt. Prawdopodobieństwo trafienia czegoś dobrego w oceanie bylejakości jest niczym przyłapanie ulicznego oszusta na gorącym uczynku - daje chwilową satysfakcję połączoną z obawą, że na następny raz musimy dłużej poczekać. Generalnie seria Individo w lepszym, bądź słabszym wydaniu, stawia na różnorodność i z pewnością nie ma mowy o pozycjach na jedno kopyto. Ta melodia ma wiele mocniejszych momentów i warto poświęcić im swoją uwagę. 

Facebook - Wine Trip Into Your Soul

piątek, 7 lipca 2017

Różowi mi! Szesnaście mgnień rose


Wina różowe nie mają łatwego życia - nazywane lekkimi, łatwymi ale nie zawsze przyjemnymi, z przymrużeniem oka, a ich fanom sugeruje się niedyspozycję psychiczną, a próba merytorycznej rozmowy kończy się w duchu daleko posuniętego braku zrozumienia. Niezależnie od starań winiarzy i jakości produktu finalnego dla wielu stanowią tryumf bylejakości, kwintesencję hasła wiele hałasu o nic i działają niczym czosnek na wampiry. Dysponując wieloma skrajnymi opiniami zebrałem grupę śmiałków, którzy zmierzyli się z szesnastoma odcieniami i emocjami różu, który stanowi swoisty papierek lakmusowy na umiejętności winiarza. Niedawno na stronie jednego z importerów dowiedziałem się,  że "róże to wina proste i bezpretensjonalne (...) Należy je dobrze schłodzić i pić bez wielkich ceregieli" - jakże się mylili!

fot. WineMike

1. Cantina Bernardi Rose Spumante (WineAndYou - 37 zł); jedyny musiak w zestawieniu, intensywnie pienisty, wspaniale orzeźwiający z natłokiem nut świeżo zerwanych poziomek i truskawek, soczyste i świetnie zrównoważone.

fot. WineMike

2. Vignerons Catalans Ginette Rose 2015 (VinOn - 30 zł); mały stołeczny importer skutecznie buduje swoje portfolio właśnie na takich perełkach - uroczych winach, które uwodzą limonkowo-grejpfrutowymi doznaniami, pluszowe i krągłe zarazem nie pozwala o sobie zapomnieć.

fot. WineMike

3. Weingut Braun Rose 2016 (13win - 36,96 zł); początkowo dość wycofane z czasem odkrywa niuanse słodkich jagód, które zostają wyparte przez nuty spod szyldu gotowane-czerwone-owoce. Nie sposób jednak było oprzeć się wrażeniu, że ta petarda za wcześnie wystrzeliła - a szkoda.

fot. WineMike
 
4. Sampietrana Rosato Negroamaro 2015 (Trezor Wines - 39 zł); niech nie zwiedzie was konfiturowa obietnica w nosie! Całość bezkompromisowo wytrawna z subtelną domieszką malin i truskawek, zgrabnie spięta wibrująca kwasowością.

fot. WineMike
 
5. Chateau Correnson Cotes du Rhone Rose 2015 (Trezor Wines - 43 zł; czegóż tutaj nie ma - zioła, las po deszczu, mech, ziemiste (!) niuanse, kwasowość nieco w tyle, ale to, co powoduje emocje to świetna ewolucja... i któż by się spodziewał?

fot. WineMike

6. Hasselt Cap Gris 2016 (WineAvenue - 36,75 zł); kalejdoskop białej róży, brzoskwiń oraz poziomek, który orzeźwia i sprawia, że można się całkiem poważnie zacząć zastanawiać nad podmianą wody na tę pozycję w upalne wieczory.

fot. WineMike
 
7. Villa Wolf Pinot Noir Rose 2015 (Vininova - 42,90 zł); sztuką jest zrobić dobrego Pinota, a wyobrażacie go sobie w wersje rose? Jedwabne, zwiewne, kruche o subtelnych nutach czerwonych porzeczek. Wersja unplugged, szczera i bezkompromisowa.

fot. WineMike

8. Frescobaldi Alie 2016 (Mielżyński - 68 zł); intensywnie pachnąca kwiatami łąka w kieliszku, podbita skórką limonki oraz intensywną mineralnością, stanowi niezaprzeczalny dowód na to, że rose potrafi być rozleniwiająco hedonistyczne.

fot. WineMike

9. Galweiler Spatburgunder Rose 2016 (WineAndYou - 44 zł); Pinot w różu ma wiele odcieni - jakby ktoś włączył przyspieszenie na kontrolce czerwonych owoców. Niesamowita eksplozja owocu, którą raźno wspiera odświeżająca kwasowość.

fot. WineMike

10. Mas de Lavail Ballade Rosé 2016 (VinOn - 55 zł); dzikie, krwiste truskawki od lekkiego początku do błogiego finału prowadzą niczego nieświadome zmysły, zahaczając po drodze o dopominającą się o więcej uwagi kwasowość. 

fot. WineMike
 
11. Tenuta Ulisse Cerasuolo d'Abruzzo 2016 (WineAvenue - 52 zł); intensywnie nasycone, ze świetną strukturą, a mimo wszystko aksamitne i świeże, dopełniające niuansów malin oraz mięty, stanowi idealny powód do uniesienia się ponad ziemię.

fot. WineMike

12. Marques de Riscal Rosado 2015 (Vininova - 47,90 zł); producent zdecydowanie nie poszedł na łatwiznę, oferując feerię przypraw, ziół, lawendy oraz wszechobecnej czereśni, a całość uzupełniając intensywną kwasowością z nieco słonawym wykończeniem. 

fot. WineMike
 
13. Aldegheri Zaleo 2016 (WineAndYou - 34 zł); znów zaskoczenie - pikantne rose! Generalnie nieinwazyjne, gastronomiczne użyteczne, ale stanowi piękny i bardzo smaczny dowód na to, że warto zainteresować się również tańszymi różami.

fot. WineMike

14. Baron De Ley Lagrima Rosado 2016 (Centrum Wina - 49,99 zł); jaśniutkie, niesamowicie smaczne z natłokiem truskawek, malin i poziomek, bardzo dobrze zrównoważone ze świetną strukturą oraz intensywną mineralnością.

fot. WineMike

15. Michele Biancardi Rosalia 2016 (Krople wina - 59 zł); bodajże najbardziej "krwiste" ze wszystkich degustowanych tamtego dnia - pełne i skoncentrowane, mnóstwo niuansów ziołowych, jednak trochę brakowało nieco więcej kwasowości.

fot. WineMike

16. Feudo di Santa Tresa Purato Rose 2015 (WineAvenue - 43 zł); dawno nie miałem w kieliszku tak "gęstego" różu, podbitego ziołowo-ziemistymi niuansami, wibrującego i pędzącego po dobrze znanej trasie, naturalnie bez pasów.

W czasach słusznie minionych rose Prowansją stało. Winami słabymi jakościowo, schlebiającymi najniższym gustom. Ale idzie nowe - szesnaście dowodów, że jest róż poza wspomnianym regionem stanęło przed Wami. W rose nie chodzi o punchline, efekt "wow" ale o crescendo, doprowadzenie do finału, ewolucję, spokojną obserwację. Nie mamy do czynienia z Shirazem ani Rieslingiem, które często od razu sprowadzają nas na ziemię. Mogliśmy zrównać nasze oczekiwania odnośnie rose z rzeczywistością i nie będzie przesadą stwierdzenie graniczące z pewnością, że po opisanej degustacji podejście do win różowych diametralnie zmieni się.

Degustacja standardowo miała miejsce w Busy Bee.
 

Facebook - Wine Trip Into Your Soul

sobota, 17 czerwca 2017

Plotki w stratosferze

Facebook - Wine Trip Into Your Soul

Pierwszy tekst łączący wino z muzyką spotkał się z niesamowicie ciepłym przyjęciem, stąd motywacja, żeby opublikować kolejny stawała się coraz bardziej realna i nie sposób było jej się oprzeć. Zarówno odświeżenie wspomnień o wyjątkowym albumie, jak i powrót do nowego-starego wina nastąpiły niezależnie od siebie ostatniego weekendu, kiedy dzień ustępował miejsca nocy.  Powroty bywają różne - męczące, tonizujące, intrygujące, nużące... ale nigdy nie pozostają obojętne. Z odmętów muzycznych fascynacji wygrzebałem prawie zapomniany Fleetwood Mac.

fot. Rockstuff

Równo 40 lat temu grupa Fleetwood Mac wydała niepozorny album "Rumours" (plotki). Oprócz serii utworów z których każdy był potencjalnym hitem, dodatkowym smaczkiem jest fakt, że członkowie zespołu byli pod niewyobrażalną presją i określenie relacji między nimi jako napiętych równałoby się zakwalifikowaniem tajfunu jako lekkiej bryzy.

Korzeni ponadczasowości tego wyjątkowego zbioru emocji zamkniętych w parominutowych utworach należy szukać prawie dekadę wcześniej w zagmatwanej historii zespołu. Ciągle otumaniony LSD pierwszy lider w narkotycznym widzie chciał oddać fundusze pozostałych członków na cele charytatywne. Samolubnie i idiotycznie postąpił jego następca, który podczas trasy koncertowej po prostu wyszedł na zakupy, ale tylko po to, żeby wstąpić do sekty i nigdy nie powrócić. Z kolei gitarzysta Danny Kirwan (zbieżność z Chateau Kirwan przypadkowa) trafił do psychiatryka, ale przebił ich jego kontynuator Bob Weston, którego relacje z żoną drugiego lidera Micka Fleetwooda wyszły ze studia nagraniowego wprost do alkowy.

Między jednym nagraniem a drugim.. a może w trakcie? fot. Pinterest

Mało Wam? Otumanieni sukcesem albumu "Fleetwood Mac" z 1975 roku ochoczo oddawali się alkoholowi, kokainie i zdradom małżeńskim. Dorzućcie presję ze strony fanów i dziennikarzy, by grupa wydała jeszcze lepszy zbiór hitów niż poprzedni. Jednak stało się coś niesamowitego.. Współwłaściciele kalifornijskiego studia nagraniowego Record Plant w którym rejestrowano materiał z "Rumours" wspominają "próby" zespołu jako traumę i niekończące się imprezy, a samo pojawienie się muzyków w studio każdorazowo było zaskoczeniem. Chciano nawet umieścić podziękowania dla dilera zespołu na okładce płyty, co daje nam pewien obraz tego, jak zaburzone postrzeganie świata mieli wtedy "fletwoodzi". I mimo tych katorżniczych i niesprzyjających tworzeniu okolicznościach kreatywność pracowała na fenomenalnych obrotach. Coś jest w stwierdzeniu, że najlepsza sztuka powstaje w najgorszych warunkach. Pozbawiony zaprzajdziur "Rumours" stanowi wymagający kawałek muzyki. Wszystkie utwory są kamieniami, które poszczególni członkowie zespołu zrzucali ze swoich barków. W zaledwie pół roku stworzony został majstersztyk, który nigdy się nie znudzi. Z kwestii personalnych - krążek w efekcie nagrano w składzie: Lindsey Buckingham - wokal, gitara, perkusja, Stevie Nicks na wokalu, Christine McVie (klawisze i wokal), John McVie na basie oraz Mick Fleetwood na bębnach i perkusji.

Prywatnie uwielbiam "The Chain", który powstał ze sklejenia przypadkowych fragmentów sesji nagraniowych, żeby w efekcie stać się niedoścignionym - zarówno wokalnie, jak i instrumentalnie - studium zawiłych relacji dwojga ludzi. "You make loving fun" Christine McVie zadedykowała świeżemu partnerowi Stevie, będącej w trakcie burzliwego rozwodu, a obecny mąż.. grał w tym utworze na basie. I jeszcze jedno - ten nowy wybranek nadal pracował jako oświetleniowiec podczas tras koncertowych zespołu. Sporo emocji wywołuje "Dreams", trudne rozliczenie się Steve Nicks z Lindseyem Buckinghamem, jednak ten nie pozostał dłużny w numerze "Go your own way". W "Gold dust woman" Stevie wywala kawę na ławę w kwestii uzależnienia od kokainy. Ale mamy także ironiczne "Oh Daddy", które zaadresowane do Micka Fleetwooda stanowi próbę utemperowania pana-wszystkowiedzącego.

Byk w naturze fot. WineMike
Wydaną 4 lutego 1977 roku płytę "Rumours" grupy Fleetwood Mac pamięta się nie tylko z tego powodu, że odniosła oszałamiający sukces komercyjny. Okoliczności powstania albumu spychają w cień fabułę nawet najbardziej zagmatwanej opery mydlanej czy najdziksze szaleństwa najbardziej nieujarzmionych bestii rock'n'rolla.

Czytaj więcej na http://muzyka.interia.pl/artykuly/news-opera-mydlana-w-wykonaniu-fleetwood-mac,nId,1655437#utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefox
Wydaną 4 lutego 1977 roku płytę "Rumours" grupy Fleetwood Mac pamięta się nie tylko z tego powodu, że odniosła oszałamiający sukces komercyjny. Okoliczności powstania albumu spychają w cień fabułę nawet najbardziej zagmatwanej opery mydlanej czy najdziksze szaleństwa najbardziej nieujarzmionych bestii rock'n'rolla.

Czytaj więcej na http://muzyka.interia.pl/artykuly/news-opera-mydlana-w-wykonaniu-fleetwood-mac,nId,1655437#utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefox
Wydaną 4 lutego 1977 roku płytę "Rumours" grupy Fleetwood Mac pamięta się nie tylko z tego powodu, że odniosła oszałamiający sukces komercyjny. Okoliczności powstania albumu spychają w cień fabułę nawet najbardziej zagmatwanej opery mydlanej czy najdziksze szaleństwa najbardziej nieujarzmionych bestii rock'n'rolla.

Czytaj więcej na http://muzyka.interia.pl/artykuly/news-opera-mydlana-w-wykonaniu-fleetwood-mac,nId,1655437#utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefox
Wydaną 4 lutego 1977 roku płytę "Rumours" grupy Fleetwood Mac pamięta się nie tylko z tego powodu, że odniosła oszałamiający sukces komercyjny. Okoliczności powstania albumu spychają w cień fabułę nawet najbardziej zagmatwanej opery mydlanej czy najdziksze szaleństwa najbardziej nieujarzmionych bestii rock'n'rolla.

Czytaj więcej na http://muzyka.interia.pl/artykuly/news-opera-mydlana-w-wykonaniu-fleetwood-mac,nId,1655437#utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firef

Powróciłem do klasyki w jednej kwestii, czemu nie powrócić w innej? Kiedyś często miałem w kieliszku wina z Chile, kręgosłupa Ameryki Południowej, jednak - nie wiedzieć czemu - oddaliłem się od nich, całkowicie zapominając na rzecz innych krajów. Słusznie czy też nie z wybawieniem przyszedł miniony weekend, a z nim Leyendas da Familia Cachos de Oro 2013 (importer Trezor Wines). Gęsty kupaż po połowie Carmenere i Cabernet Sauvignon. I jakby ktoś na odtwarzaczu rzeczywistości wcisnął STOP... do świadomości leniwie zaczęły docierać poszczególne składowe - intensywny, uwodzący aromat czarnych oliwek, gorzkiej czekolady, cedru, świeżo zmielonego czarnego pieprzu, pikantnych niuansów. Pierwsze niedowierzanie zastąpiło kolejne - niesamowita, fenomenalna struktura, hedonistyczna ewolucja, majestatyczne i dojrzałe. Zerknąłem na etykietę która obrazuje byka ze złotymi rogami w bojowej pozycji. Wedle legendy wzdłuż wybrzeża Maule wspomniany zwierz przechadzał się i doglądał bogactwa tamtejszej ziemi. Jednak chciwi ludzie goniąc byka zapędzili go do morza w którym utonął. Następstwem bezmyślnego czynu było wyjałowienie ziem. Podobno w deszczowe poranki nadal można ujrzeć byka, jednak złote rogi zastąpiły żelazne, a przechadzający się samiec zwiastuje najmroczniejsze koszmary i tragedie. Tymczasem zawartość butelki wędruje po raz kolejny do kieliszka tylko dlatego, żeby umożliwić lot... lot w stratosferę.

Facebook - Wine Trip Into Your Soul